Problematyka pozyskiwania danych telekomunikacyjnych – cz. 3

Wiedząc, że istnieją podmioty uprawnione do zgłoszenia żądania udzielenia danych telekomunikacyjnych, oczywistym jest, że musi istnieć także krąg podmiotów zobowiązanych do udzielania takich informacji.

Wspominane już przepisy art. 20c Ustawy o Policji nakładają obowiązek udzielenia informacji o abonencie na „przedsiębiorcę telekomunikacyjnego”. W większości wypadków ustalenie, czy dany podmiot posiada w/w status jest relatywnie proste, jako że wykonywanie działalności telekomunikacyjnej jest regulowane i podlega wpisowi do Rejestru Przedsiębiorców Telekomunikacyjnych, prowadzonego przez Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Rejestr jest także dostępny na stronach WWW UKE.

Zakres podmiotów zobowiązanych do dokonania wpisu jest szeroki, obejmując także m.in. jednostki badawcze czy samorządowe, nawet jeśli świadczą usługi „wewnętrznie” (w sieciach niepublicznych – jednak tutaj jest nieco kontrowersji). Przepisy wskazują także, iż na potrzeby Prawa Telekomunikacyjnego „przedsiębiorcą” jest nie tylko przedsiębiorca w rozumieniu Ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, ale także podmioty uprawnione do wykonywania działalności gospodarczej na podstawie innych przepisów. W praktyce oznacza to, że zdecydowana większość podmiotów świadczących usługi telekomunikacyjne będzie podlegało obowiązkowi wpisu. Fakt, że podmiot taki nie dokonał wpisu do Rejestru, pomimo ciążącego na nim obowiązku, nie będzie jednak wpływał na pozostałe jego obowiązki.

Tym samym, zapytania Policji mogą być kierowane także do podmiotów, które spełniają w/w definicję „przedsiębiorcy telekomunikacyjnego”, niezależnie, czy podmiot taki uzyskał wpis do Rejestru, czy też zaniechał tego obowiązku. Forma prawna, wielkość czy czas działania danego podmiotu na rynku jest zatem nieistotny z punktu widzenia konieczności odpowiadania na zapytania w trybie art. 20c Ustawy o Policji – przy czym zakres żądanych danych musi być zgodny z przepisami Prawa telekomunikacyjnego.

Przepisy wykonawcze do art. 180c i d Prawa Telekomunikacyjnego wskazują, że nie każdy musi wszystko – charakter usług determinuje zakres danych, które muszą być gromadzone lub przekazywane na żądanie Policji. W uproszczeniu można powiedzieć, że są to przepisy dostosowane do możliwości technicznych przedsiębiorców – o ile np. od operatorów telefonii komórkowej wymaga się udzielenia informacji o danych BTS-a, do którego łączyło się określone urządzenie abonenta, to nikt nie wymaga takiej informacji od dostawcy usług dostępu do Internetu po światłowodzie. Usługi telewizyjne są przy tym praktycznie wyłączone z obowiązku zatrzymywania danych telekomunikacyjnych.

Należy też pamiętać, że istnieje okres retencji danych, po upływie którego samo przechowywanie danych telekomunikacyjnych nie jest już legalne, a tym samym nie jest prawnie dopuszczalne przekazywanie ich Policji. Patrząc w drugą stronę – tak samo Policja nie jest uprawniona do żądania udzielenia informacji, których zgodnie z przepisami dany przedsiębiorca mieć (już) nie musi.

Czy Dawne Europejskie Sztuki Walki to „Sport”?

Dzisiejszy wpis poświęcony będzie nieco innej tematyce – aspektom prawnym w ruchu Dawnych Europejskich Sztuk Walki. Na początek zadajmy sobie pytanie, czy DESW to sport.

Sięgając do źródeł – Ustawy o Sporcie – czytamy, że  „sportem są wszelkie formy aktywności fizycznej, które przez uczestnictwo doraźne lub zorganizowane wpływają na wypracowanie lub poprawienie kondycji fizycznej i psychicznej, rozwój stosunków społecznych lub osiągnięcie wyników sportowych na wszelkich poziomach”. Z powyższego wynika, że nie istnieje zamknięty katalog czynności uznanych za „sportowe” oraz „niesportowe”. Aby uznać daną czynność za sport w rozumieniu przepisów, należy zatem zbadać, czy czynność ta spełnia przesłanki z przytoczonej definicji, nie zaś szukać jej na liście „sportów oficjalnych” (która to lista onegdaj istniała i wciąż występuje przy statystyce publicznej).

Zgodnie z definicją, szukamy:

  1. aktywności fizycznej,
  2. wymagającej uczestnictwa doraźnego lub zorganizowanego,
  3. wpływającego na wypracowanie lub poprawienie kondycji fizycznej, rozwój stosunków społecznych lub osiągnięcie wyników sportowych.

Podkreślenia wymaga, że użycie funktora „lub” przy przesłankach 2 i 3, wskazuje na alternatywę nierozłączną – zatem wystarczy spełnienie jednego z przytoczonych przykładów, by przesłanka została spełniona.

W naszym przykładzie, DESW posiada oczywiście warstwę teoretyczną (badanie traktatów) ale zdecydowana większość miłośników szermierki woli sprawdzić wiedzę w praktyce (co jednocześnie pozwala weryfikować wiedzę teoretyczną). Trudno zatem zaprzeczyć, że mamy do czynienia z aktywnością fizyczną.

Czynne uczestnictwo w DESW wymaga, ze swej natury, pewnej ciągłości i zorganizowania – choćby spotkania się ze sparing-partnerem dla weryfikacji swojej wizji rozumienia traktatu. Nie da się opanować całości zasad przedstawianych w traktatach opartych o nauki Lichtenauera jednorazowo (podobno trenowanie wyłącznie według założeń Fiore także nie daje tej pewności) – jest to pewien proces (de facto nauka). Jeśli zatem potraktujemy DESW jako coś więcej niż studiowanie traktatu przy biurku (jest to ważne założenie dla niniejszych rozważań), to okaże się, że musimy się okazjonalnie lub regularnie spotkać z kimś, kto potrenuje z nami. A zatem DESW wymaga uczestnictwa co najmniej doraźnego, nie jest to czynność dla jednej osoby, ani czynność jednorazowa.

Tutaj warto zaznaczyć, że zgodnie z Ustawą o Sporcie, działalność sportowa jest prowadzona
w szczególności w formie klubu sportowego. Określenie „w szczególności” wskazuje nam na katalog otwarty, a co za tym idzie – na faktyczny brak formalnego określenia co do zasad „zorganizowania” się sportowców. Niemniej jednak duża część sekcji DESW działa w formie klubów sportowych lub stowarzyszeń.

Przesłanka trzecia, moim zdaniem, spełniona jest już przez sam fakt wypracowywania lub poprawiania kondycji fizycznej wskutek uczestnictwa w treningach – uczestnictwo w których, jak wskazałem, wiąże się immanentnie z „praktykowaniem” DESW. Temat „wyników sportowych” jest nieco bardziej kontrowersyjny, więc omówię go przy innej okazji.

Zatem, w moim przekonaniu, uprawianie DESW jest „sportem” w rozumieniu ustawy. Zupełnie osobną kwestią jest jednak organizacja DESW, uprawnień i obowiązków z tego wynikających czy formalizowania zasad działania klubów i stowarzyszeń.

Chciałem jednak wskazać, że ciekawym potwierdzeniem w/w wywodów jest wyrok WSA w Gliwicach z dnia 23 lutego 2017 r. (III SA/Gl 1206/16), gdzie Sąd wskazał, iż „sportem jest także aktywność fizyczna realizowana poza jakimikolwiek formami zorganizowanymi”. Orzeczenie to zapadło w sprawie dotyczącej przyznawania przez miasto stypendiów sportowych; uchwalony regulamin ograniczał możliwość przyznania stypendium sportowego tylko zawodnikom zrzeszonym w klubach, posiadających licencje i osiągających odpowiednie wyniki. Sąd, uwzględniając skargę (i tym samym uchylając ten regulamin) wskazał, że sport nie musi być uprawiany w konkretny, zorganizowany sposób i tym samym regulamin przyznawania stypendiów nie może ograniczać się tylko do zorganizowanych w odpowiedni sposób klubów sportowych. Innymi słowy, „niezrzeszony zawodnik” powinien być traktowany tak samo jak „licencjonowany zawodnik” (chociaż w przytoczonym przypadku i tak istotne będzie legitymowanie się wynikami w swojej dziedzinie sportu).

Wyrok ten jest ważny z punktu widzenia finansów wszelkich sekcji DESW i zachęcam do lektury uzasadnienia tego wyroku szczególnie osoby odpowiedzialne za finanse. Toruje on bowiem drogę do ubiegania się o wszelkie formy dofinansowania na takich samych zasadach jak „oficjalne” kluby bardziej „tradycyjnych” dyscyplin. Innymi słowy, moim zdaniem nie będzie można odmówić przyznania stypendium czy innego dofinansowania z gminy czy ministerstwa tylko dlatego, że zgłasza się ktoś z DESW, a nie z sekcji siatkówki czy karate. W świetle przepisów, ogólnie mówiąc szermierze są takimi samymi sportowcami jak piłkarze czy judocy.

Problematyka pozyskiwania danych telekomunikacyjnych – cz. 2

Kontynuując temat pozyskiwania danych telekomunikacyjnych, dzisiaj przyjrzyjmy się formie żądania udostępnienia danych przez Policję oraz sposobami udzielania odpowiedzi.

Wydawać by się mogło, że sprawę załatwia nam w całości przepis art. 20c ust. 2 oraz 4 Ustawy o Policji, które (ograniczając się tylko do zagadnienia danych telekomunikacyjnych) wskazują:

ust. 2: przedsiębiorca telekomunikacyjny udostępnia nieodpłatnie dane, o których mowa w   art. 180c i art. 180d ustawy z dnia 16 lipca 2004 r. – Prawo telekomunikacyjne:

1) policjantowi wskazanemu w pisemnym wniosku Komendanta Głównego Policji, Komendanta CBŚP, komendanta wojewódzkiego Policji albo osoby przez nich upoważnionej;

2) na ustne żądanie policjanta posiadającego pisemne upoważnienie osób, o których mowa w pkt 1;

3) za pośrednictwem sieci telekomunikacyjnej policjantowi posiadającemu pisemne upoważnienie osób, o których mowa w pkt 1.

Ust 4. Udostępnienie Policji danych, o których mowa w ust. 1, może nastąpić za pośrednictwem sieci telekomunikacyjnej, jeżeli:

1) wykorzystywane sieci telekomunikacyjne zapewniają:

  1. a)możliwość ustalenia osoby uzyskującej dane, ich rodzaju oraz czasu, w którym zostały uzyskane,
  2. b)zabezpieczenie techniczne i organizacyjne uniemożliwiające osobie nieuprawnionej dostęp do danych;

2) jest to uzasadnione specyfiką lub zakresem zadań wykonywanych przez jednostki organizacyjne Policji albo prowadzonych przez nie czynności.

Jak widać, co do zasady żądanie udzielenia informacji może być złożone ustnie, jak również za pomocą poczty elektronicznej. Moim zdaniem nie ma także przeszkód, by żądanie zostało złożone pisemnie czy telefonicznie, przy czym w każdym wypadku należałoby jednak zadbać o weryfikację osoby składającej zapytanie (co do tożsamości oraz posiadanego upoważnienia). W praktyce problemem może być zatem sama weryfikacja, zwłaszcza, jeśli żądanie jest zgłaszane telefonicznie lub za pomocą e-maila.

Tutaj należy zwrócić uwagę na to, czym „prawnie” jest komunikacja telefoniczna. Zgodnie z przepisami Prawa telekomunikacyjnego, rozmowa telefoniczna będzie (w uproszczeniu) usługą telekomunikacyjną, wykonywaną przy użyciu sieci telekomunikacyjnej. Sieć z kolei jest zbiorem systemów i urządzeń umożliwiających nadawanie, przesył czy odbiór sygnałów, niezależnie od medium przesyłowego. A to oznacza, że dla komunikacji telefonicznej z Policją odnośnie pozyskiwania danych telekomunikacyjnych, konieczne jest spełnienie warunków wskazanych w art. 20 ust. 4 opisanych powyżej.

W praktyce, zapewnienie możliwości ustalenia tożsamości rozmówców przy rozmowie telefonicznej jest niezwykle trudne, a czasem wręcz niemożliwe. Analogicznie, zabezpieczenie samej rozmowy przed przechwyceniem („podsłuchem”) może być także utrudnione. O ile zatem zarówno pytający funkcjonariusz, jak i przedstawiciel przedsiębiorcy telekomunikacyjnego nie dysponują urządzeniami pozwalającymi na ustanowienie szyfrowanego połączenia wraz z zapisaniem informacji o nadawcy i odbiorcy (a byłby to sprzęt raczej rzadko spotykany), to rozmowy telefoniczne uznać należy za praktycznie wyłączone z metod komunikacji opisanych w art. 20c w/w ustawy. Najzwyczajniej na świecie nie stosuje się rozwiązań technicznych tam wskazanych (choć oczywiście nie można wykluczyć, że takie metody się pojawią lub rozpowszechnią).

Przy komunikacji za pomocą poczty elektronicznej temat jest nieco łatwiejszy, jeśli przedsiębiorca telekomunikacyjny oraz dany funkcjonariusz potrafią wykorzystywać klucze PGP lub inne, podobne narzędzia. Moim zdaniem, komunikacja z użyciem szyfrowania asynchronicznego (przy racjonalnej długości klucza) spełnia bowiem wymogi wskazane w ustawie; z założenia bowiem autor komunikatu „podpisuje się” pod komunikatem, komunikat odczyta tylko osoba posiadająca klucz a sam komunikat nawet po przechwyceniu jest bardzo trudny do odczytania.

W każdym jednak wypadku, należy mieć na uwadze, że przekazywane dane są objęte tajemnicą, zatem w razie wątpliwości co do możliwości technicznych, tożsamości pytającego etc. – należy kierować się zasadą maksymalnego bezpieczeństwa informacji. Moim zdaniem zgłoszenie pisemnego żądania potwierdzenia zakresu żądanych informacji, czy też odmowa udzielenia informacji w danej formie z uwagi na brak ich zabezpieczenia, w określonych okolicznościach są uzasadnione i mogą być stosowane.

W tym miejscu zaznaczyć tylko należy, że powyższe wywody nie dotyczą tzw. kontroli operacyjnej, o czym przy innej okazji.

Problematyka pozyskiwania danych telekomunikacyjnych – cz. 1

W dzisiejszej odsłonie przyjrzymy się (nie)poprawności pozyskiwania danych telekomunikacyjnych od przedsiębiorców telekomunikacyjnych przez uprawnione służby.

Postaram się omówić podstawy prawne, zakres możliwych do wydania danych, konsekwencje ich niewydania, najczęstsze błędy spotykane po stronie organów i przedsiębiorców telekomunikacyjnych.

Na początek najpowszechniejsze przypadki, czyli zapytanie o dane użytkownika danego numeru telefonu lub adresu IP składane przez Policję.

Na pierwszy rzut oka – co może pójść źle, wszak organ prowadzi postępowanie, więc ma prawo wiedzieć. Sprawy niestety komplikują się, gdy w grę zaczyna wchodzić także interes użytkownika danego numeru oraz samego przedsiębiorcy telekomunikacyjnego.

Wskazane powyżej dane są objęte tajemnicą telekomunikacyjną, o której mowa w art. 159 ust. 1 Ustawy – Prawo telekomunikacyjne. Zgodnie z ust. 2 tego artykułu, ujawnienie danych bez wyraźnej podstawy prawnej jest zakazane – co dotyczy także (a czasami przede wszystkim) danego przedsiębiorcę telekomunikacyjnego. W przypadku naruszenia tego przepisu przez przedsiębiorcę telekomunikacyjnego, umiałbym wyobrazić sobie możliwe roszczenia cywilne, reperkusje karne oraz sankcje administracyjne skierowane przeciwko niemu (z sankcją w postaci kary do 3% przychodu z art. 209 Prawa telekomunikacyjnego na czele).

Nic zatem dziwnego, że każdy wniosek o udostępnienie danych powinien być przez tego przedsiębiorcę dokładnie sprawdzany.

I tak, Policja jest uprawniona do pozyskiwania wspomnianych danych, jednakże nie jest to uprawnienie absolutne. Niestety często spotyka się wnioski kierowane przez funkcjonariusza przyjmującego zgłoszenie od obywatela, w którym to wniosku powołuje się na przepis art. 15 § 2 kodeksu postępowania karnego. Przepis ten ma charakter „ogólny” i zobowiązuje „wszystkich” do „pomocy na żądanie”. Jest to, moim zdaniem, podstawa błędna i odpowiedź na taki wniosek musi być odmowna. Policja ma bowiem specjalną, własną procedurę opisaną w art. 20 c Ustawy o Policji (pominę tu na razie wątpliwości TK dotyczące tego przepisu). Zgodnie z nią, o takie dane może wnioskować wyłącznie policjant wskazany w pisemnym upoważnieniu lub wniosku Komendanta Głównego, wojewódzkiego albo CBŚP; możliwe jest też także cedowanie przez w/w osoby upoważnienia. Powyższe oznacza, że funkcjonariusz wnioskujący o numer telefonu, musi wylegitymować się stosownym upoważnieniem, a jeśli nie pochodzi ono bezpośrednio od Komendanta Głównego, wojewódzkiego ani CBŚP – to powinien wykazać „drabinkę” swojego upoważnienia sięgającą do tych osób.

Brak takiego upoważnienia, bądź upoważnienie wadliwe nie upoważnia takiego funkcjonariusza do żądania danych telekomunikacyjnych, a przedsiębiorcy telekomunikacyjnego nie obliguje do wydania takich danych. Na całe szczęście, takie przypadki są już coraz rzadsze.

Osobną kwestią jest forma żądania przez Policję danych, oraz sposób ich udzielenia przez przedsiębiorce, o czym już w kolejnym wpisie.

Teleoperacje, telemanipulacje a polskie prawo.

Telemedycyna pomału, acz metodycznie wkracza w polską rzeczywistość. Nie będziemy się jednak zastanawiać, czym jest lub czym nie jest telemedycyna, ale skupimy się na konkretnym temacie. Otóż czy w Polsce możliwe jest przeprowadzenie teleoperacji (lub chociaż telemanipulacji)?
Moim zdaniem – oczywiście, jest to już możliwe. A przynajmniej prawnie, gdyż kwestie ograniczeń technicznych to zupełnie inna historia. Od kilku lat obserwujemy stopniowe wprowadzanie „elektroniki” w życie lekarzy i placówek medycznych, czego chyba najbardziej widocznym efektem jest docelowy wymóg prowadzenia dokumentacji medycznej wyłącznie w formie elektronicznej. Do lamusa odchodzą przepisy nakazujące lekarzowi bezpośredni (rozumiany jako kontakt człowiek-człowiek) kontakt z pacjentem przed wydaniem diagnozy.
Nie mamy jednak, i raczej nieprędko dostaniemy zbiór przepisów dedykowanych dla teleoperacji. Nie przesądzając, czy jest to rozwiązanie dobre czy złe – zauważmy jednak, że oznacza to konieczność działania w ramach przepisów już istniejących, a zatem przepisów niemłodych i zdecydowanie nieadekwatnych do technologicznie i technicznie zmienionej rzeczywistości. I tak, w zakresie odpowiedzialności cywilnej uczestników takiej teleoperacji, wciąż wiele kwestii będzie regulowanych Kodeksem cywilnym, pamiętającym lata ’60 ubiegłego wieku.
W tym miejscu zauważmy także, że teleoperacja jest procesem wielopodmiotowym – w całym tym procesie mamy bowiem do czynienia nie tylko z samym operatorem – lekarzem, ale też z ekipami serwisowymi robota, zespołem lekarzy w miejscu operacji, a także pracującymi „w tle” osobami odpowiedzialnymi za przesył danych telekomunikacyjnych, zasilanie, etc. Po drodze zapewne pojawiały się kwestie związane z dopuszczeniem robota do takiej operacji, być może kwestie refundacji, wynajmu sali operacyjnej, ściągnięcia konkretnych ludzi w konkretne miejsce. A każdy z tych podmiotów, każda z osób, ma swoją ważną rolę i jej niedopatrzenie może zadecydować o losach całej operacji. O kwestiach prawnych i pozaprawnych związanych z samym pacjentem też nawet nie trzeba wspominać.
I tutaj wracamy do kwestii przepisów związanych z odpowiedzialnością. Moim zdaniem, największym wyzwaniem dla teleoperacji w naszej rzeczywistości prawnej jest dobre zaprojektowanie procesu operacji jako całości – dobrego rozpoznania i zaprojektowania granic zadań (a zatem i odpowiedzialności) poszczególnych aktorów.
Tym samym, zaprojektowanie teleoperacji czy telemanipulacji wymaga zaangażowania specjalistów z różnych branż, w zakresie nie mniejszym niż samo przeprowadzenie właściwej operacji. A w kraju, gdzie podobne zadania projektuje się w ramach przetargów, powyższe stwierdzenie nie jest takie oczywiste.

Przedsiębiorcy telekomunikacyjni a Kancelarie Tajne

Od niepamiętnych czasów przedsiębiorcy telekomunikacyjni, zwłaszcza ci operujący na sieciach „osiedlowych”, opowiadali różne legendy o konieczności posiadania przez nich kancelarii tajnych, z uwagi na przepisy ustawowe.
Czym była owa kancelaria, oraz jakie to były przepisy – o tym mało kto już mówił.
Niestety, owa kancelaria to nie tylko legenda. Dział VIII Ustawy – Prawo telekomunikacyjne nakłada na tych przedsiębiorców obowiązki w zakresie obronności, bezpieczeństwa państwa oraz bezpieczeństwa i porządku publicznego. Jednym z takich obowiązków jest spełnianie wymogów dotyczących dostępu do informacji niejawnych.
Swego czasu wydane zostało Rozporządzenie Rady Ministrów dot. w/w obowiązków, które to rozporządzenie pozostaje w mocy po dziś dzień – mimo że uchylony został przepis z delegacją do wydania tego rozporządzenia. Ustawa zmieniająca Prawo telekomunikacyjne expressis verbis utrzymała jednak w mocy rzeczone rozporządzenie i dzięki temu mamy sytuację, której istnieje obowiązek, ale mało kto umie go „odnaleźć”. Dość rzec, że jeden z popularnych systemów informacji prawnej, z której korzystają prawnicy, nawet nie widzi tego rozporządzenia.
Zgodnie z w/w rozporządzeniem przedsiębiorcy telekomunikacyjni powinni zapewniać warunki do ochrony informacji niejawnych oznaczonych klauzulą „ściśle tajne”, potwierdzone świadectwem bezpieczeństwa przemysłowego. System ochrony informacji niejawnych jest wieloelementowy i opisany w Ustawie o ochronie informacji niejawnych, a organami właściwymi w tych kwestiach są Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Służba Kontrwywiadu Wojskowego.
W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że aby przedsiębiorca telekomunikacyjny spełniał wymogi w/w ochrony, musi zadbać o tzw. bezpieczeństwo osobowe, odpowiednią infrastrukturę oraz wspomniany certyfikat bezpieczeństwa przemysłowego – ten ostatni jest praktycznie najważniejszy, gdyż jego uzyskanie jest swoistym podsumowaniem i potwierdzeniem spełniania wymogów ustawowych w zakresie ochrony informacji niejawnych.
I właśnie jednym z elementów koniecznych do uzyskania wspomnianego certyfikatu jest posiadanie kancelarii tajnej, czyli specjalnie przystosowanego pomieszczenia – „bunkra” – gdzie przechowuje się informacje uznane za „niejawne”. Bunkier ten musi mieć wyznaczone strefy ochrony, ściany o określonej wytrzymałości czy specjalną obsługę – na to wszystko są odpowiednie przepisy.
Problem w tym, że koszt urządzenia takiej kancelarii to kwoty idące w dziesiątki, nawet setki tysięcy złotych. Całe szczęście, że istnieje pewna ograniczona możliwość outsourcingu w tym wypadku.
Ostatnio docierają do mnie słuchy, że Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej zaczął bliżej przyglądać się realizacji w/w obowiązku przez przedsiębiorców telekomunikacyjnych. Tajemnicą poliszynela jest bowiem to, że opisane powyżej wymogi są spełniane jedynie przez nieliczne telekomy w Polsce.

Is a legal advisor an advocate?

The Polish system of legal professions may be confusing of foreginers. For starters, we have two types of lawyers that provide legal advice and other types of „legal help”: advocates and legal advisors (radcowie prawni).
Some say that the situation is the same as with barristers and solicitors in Common Law countries. Well, it is not – in short, the Common Law system, a solicitor is responsible for contact with the client and dealing with, shall we say, „smaller” cases. If the case is more complicated or regards a larger amount of money, then the solicitor will contact a barrister, who will take offer the case (yet still the solicitor will be the „contact person” for the client).
In Poland, an advocate and a legal advisor constitute two different legal professions, whilst both of the m work directly with the client. Both have the same professional exams, have finish obligatory traineeship and buy a third-party liability insurance. Each of the professions have a professional self-government with mandatory membership. Thus, both professions are truly „professional” in terms of knowlegde and experience to provide legal services.
Currently, the major differences between them are the colour of their professional attire (green applications for the advocates and blue for legal advisors) and the possibility of defending in criminal cases (role reserved for advocates); the current trend in Poland is to merge those professions (with a lot of controversy on each side). And so, as of July 2015, the defense in criminal cased will be also available for legal advisors.
As you can see, the actual difference between the professions is marginal and still shrinking.
Of course, keep in mind that in Poland it is possible to render legal services even by non-lawyers, i.e. by persons not necessarily having legal education, experience nor insurance. They are not to be mistaken for advocates or legal advisors.

Czy można kupić program komputerowy?

Dość często spotykam się z osobami, które rozpoczynają opisywanie swojego problemu od „zakupiłem oprogramowanie xyz”. Kiedy jednak proszę o umowę, to okazuje się, że jest (co najwyżej) faktura, bo przecież to wystarczy, wszyscy tak robią, prawda?

Jakież jest zdziwienie, gdy osoba taka dowiaduje się, że nic nie „kupiła na własność”.

„Zakup oprogramowania” jest często utożsamiany z zakupem rzeczy ruchomych – tak samo, jak zakup drukarki czy zeszytu (a zatem w domyśle – towar za pieniądze, jednorazowa transakcja). W przypadku oprogramowania sprawa jest troszkę bardziej skomplikowana, gdyż – według wszelkiego prawdopodobieństwa – mamy tu do czynienia z przedmiotem praw autorskich. A przenoszenie takich praw to zupełnie inna kwestia niż sprzedaż zeszytu.

Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych przewiduje trzy podstawowe metody przejścia majątkowych praw autorskich (gdyż prawa autorskie dzielą się na majątkowe i osobiste – o czym szerzej przy innej okazji): licencje wyłączną, licencję niewyłączną oraz przeniesienie majątkowych praw autorskich. Jednocześnie ustawa ta wskazuje, że przeniesienie praw oraz licencje wyłączne wymagają formy pisemnej, czyli, w skrócie – umowy na papierze z podpisami obu stron. Do tego umowa taka musi zawierać kilka elementów, również przewidzianych w ustawie. Bez tego – nie możemy mówić o przeniesieniu praw.

A zatem, mając jedynie fakturę, najczęściej okazuje się, że mamy do czynienia najwyżej z licencją niewyłączną – której udzielenie nie wymaga szczególnej formy. Licencja jednak jest bliższa potocznemu rozumieniu „wynajęcia” oprogramowania, niż jego „zakupu”; w ramach licencji uzyskujemy bowiem prawo do korzystania z oprogramowania w określony sposób oraz przez określony czas. Ten sposób oraz czas wskazuje najczęściej sama licencja, a przy braku takich określeń na ratunek przychodzą przepisy w/w Ustawy o prawie autorskim. Oznacza to jednak, że licencję można wypowiedzieć, może się też ona skończyć po określonym czasie.

Uwaga – „czas nieokreślony” wcale nie musi oznaczać „dożywotnio” – taką licencję w dalszym ciągu można wypowiedzieć. A jednorazowa zapłata nie musi oznaczać „zakupu”.

Czy zatem „kupiłeś” oprogramowanie? – sprawdź umowę. Nie masz umowy? W takim razie co najwyżej oprogramowanie „wypożyczyłeś”.